Święto Pfingsten. W całym mieście rozklejone plakaty z rycerzem na koniu: Turniej rycerski w zamku! Czemu nie, idę. Może zabawa będzie taka, że dadzą mieczem pomachać albo z łuku postrzelać. A nuż coś wygram.
Stoję przed bramą. Zbiera się kolejka. Wejściówka 15EUR, ale programu ani śladu. Warto, nie warto? Dobra, raz kozie śmierć. A wewnątrz ilu ludzi w kostiumach! Jarmarczne stoiska wszystkie ładnie udekorowane, drewniane, ręcznie wymalowane, a wewnątrz kupcy trzymają fason w odpowiednich szatach. Aż głupio mi się robi, że noszę dżinsy jak podróżnik w czasie.
Scena z trefnisiem, druga z grajkami — nieźle, nieźle. Tylko trochę mało miejsca, wszystko stłoczone wokół niedużego pałacu. A nie, czekaj, co to? Jeszcze park? W parku piwo, kawa, aktorzy z mieczami odgrywają scenki przed dziećmi. Jak my za liceum w klubie rycerskim, tylko tu ze scenariuszem i publicznością.
Zbliża się 18:00 i gwóźdź programu: ten turniej z plakatów. Może rzeczywiście będą jakieś konie, bo spory kawał parku zajmuje arena. Już sobie wyobrażam, jak takie dwa Mariusze z klasy B wsiądą na siodła i się nawzajem poobijają kijami.
A gdzie tam. Wtacza się szóstka jeźdźców zakutych w zbroje, na pięknie ubranych koniach, każdy w odpiwiednie barwy. Paradują przed publicznością, kłaniają sie do nas, zgodnie z poleceniami mistrza ceremonii. Tutaj trzech jeźdźców z naszego zamku, tam troje z odległej Bawarii (buuu!). Zwycięzca poprzedniego turnieju zdejmuje hełm — stary facet z brodą, wraz z koniem w karmazynowych strojach. Pierwsze zadanie: chwycić puchar w biegu. Rycerz przejeżdża przez arenę i łapie puchar! Jego kolega, w fioletowych barwach, zatrzymuje się przed pucharem, ale go strąca. „Piwa dajcie!” — żąda. Giermek rzuca mu kufel, a ten… łapie! i od tej pory jest pijanym mistrzem, skupionym na robieniu psikusów bardziej, niż na konkurencjach.
Dalej idą czerwono-żółta dziewczyna, równolegle do niej niziołek w zielonym, który kombinuje i nie gra czysto. Każdy ma swój unikatowy charakter.
Rycerze zbijają pachołki, strzelają do słomianych dzików, rzucają oszczepami, szarżują na zawieszoną tarczę, łapią lancami kółka, aż w końcu dosłownie kruszą kopie na sobie nawzajem (dzięki sprytnym nacięciom w drewnie na końcu kopii i tarczy, która zamiast odbijać, łapie jej czubek), potem spadają z koni, stają w strzemionach, obrażają się nawzajem, ściągają chama z konia i trzepią się mieczami.
Są chwile, kiedy wchodzimy w inną rzeczywistość. Książki, gry, zabawy. Robimy to tak często, że nie jest to zaskakujące, ani nawet niezwykłe. Turniej odwrócił role: to on porwał mnie do innego świata. Wydawało mi się, że wiem, co tam zastanę, ale co chwila rycerze udowadniali, że to, co robią jest bardziej rzeczywiste, niż mi się przed minutą wydawało.
Kawałek naciętej kopii, który mam w domu, to dowód prawdziwego wysiłku, który włożyli w budowanie innej rzeczywistości.