Do szkoły!
Aug. 25th, 2026 08:01 amZbliża się wrzesień, tradycyjny pierwszy dzień szkoły.
Co? Jak to "zbliża"? Przecież początek roku szkolnego był w zeszłym tygodniu!
…kolejny szok kulturowy. W Niemczech pierwszy września nie jest świętością, a wakacje w tym roku skończyły się tu 2 tygodnie wcześnie, niż w Polsce. Biedne dzieciaki, żeby jeszcze latem zaczynać szkołę?!?
A na tym jeszcze nie koniec niespodzianek!
Jedna wyszła na jaw, gdy graliśmy w kalambury. Do hasła "pierwszy dzień szkoły" ktoś narysował dzieciaka z tornistrem i z bukietem kwiatów. Tornister rozumiem, ale co to za bukiet? Bukiety wręcza się wychowawcom na koniec roku chyba, co nie?
Okazuje się, że to inne zderzenie tradycji. To nie żaden bukiet, tylko tyta (zdjęcie w linku). Taki rożek z kartonu, pięknie udekorowany, pełny prezentów dla pierwszaka, dawany mu przy okazji pierwszego dnia szkoły.
Tak się składa, że synek moich znajomych poszło właśnie do pierwszej klasy. W sobotę! Szkoła pofatygowała się zrobić rozpoczęcie w weekend, bez żadnych lekcji, tylko po to, żeby pomóc dzieciom się przyzwyczaić do nowości.
Na jego rozpoczęciu byli rodzice, dziadkowie, znajomi… i ja. Ale nie od początku. Podobno najpierw trzecioklasiści przygotowali jakieś występy dla swoich młodszych kolegów. Tłuszcza dalszej rodziny czekała cierpliwie, słuchając głośnej muzyki dochodzącej zza bram. Tu pojawiły się pierwsze tyty!
Aż w końcu nas wpuszczono. Pierwszaki siedziały przed sceną, na której stała pani – może dyrektor – i szła z nudnawym apelem. "dzieci potrzebują korzeni", "rozwinąć skrzydła", "nasza odpowiedzialność". Niektóre rzeczy się nie zmieniają! Apel trwał chyba z 10 minut, ale przypomniał mi o apelach za moich własnych szkolnych czasów, które dłużyły mi się niemiłosiernie. Czy one wtedy też trwały po 10 minut, tylko siedzenie w jednym miejscu na tyłku rozciągało je w nieskończoność? Mi, jako dorosłemu słuchaczowi, wolno było się wiercić, rozglądać, szeptać i skakać po trawniku, w przeciwieństwie do dzieci (jaki paradoks!), więc nuda tak nie dokuczała.
W końcu gadka się skończyła, a dzieciaki zostały zabrane do budynku, żeby zapoznać się z salami, w których spędzą kawał życia. W Niemczech jest to różnie w zależnie od kraju związkowego, ale tu, w Saksonii, młody spędzi w swoje podstawówce 4 lata. A zaczyna się ją w wieku 6 lat. Wmaszerowali karnie, parami, do dźwięków marszu granego przez orkiestrę. Marsz brzmiał wybitnie wojskowo, co narzuciło niewybredne skojarzenia. No, ale przynajmniej to nie był 1 września.
Orkiestra grała nieprzerwanie, aż do ich powrotu. Chyba po to, żeby zabawić dorosłych – kto wie, co by nam do głów trafiło, gdybyśmy zostali samopas, albo, co gorsza, musieli słuchać marnych pogadanek.
A wtedy nadszedł gwóźdź programu: dzieciaki wróciły, a pani na scenie wróciła do czytania ze swojej kartki. "Och, już jesteście", tak wyśmienicie wymuszone, tak nieprzekonujące i fałszywe! Poezja! Dobrze wiedzieć, że nowe pokolenia również poznają ducha szopki tworzonej przez ludzi w średnim wieku! Czerstwe i nieśmieszne próby zażartowania z dzieciakami trwały także, gdy dzieci wchodziły na scenę odebrać swoje tyty od asystentki. "Adrien Müller! Zapraszam na scenę! Ach nie, on jest przecież w trzeciej klasie. Chodzi o siostrę Lenę!", albo "Martin, jak myślisz, która tyta jest twoja?". Jak dla mnie, podchodzi to pod psychologiczne znęcanie, ale nie znam się na dzieciach. Może takie teksty robią wrażenie przyjazności.
Gdy dzieci wchodziły na scenę, było w końcu widać, jak odświętnie się ubrały. Piękne sukienki, mundurki, garnitury. Schludnie i wystrzałowo. Zdarzało się, że dzieci dostawały rożki pasujące do ubrań: różowa tyta do różowej sukienki! Im też można było się przyjrzeć. Były mniej więcej tej samej długości – tak długie, jak pierwszak wysoki. Niektóre były dłuższe, niż dziecko, które je trzymało! Błyszczące, z kokardkami, z koronkami, z imionami, z pluszakami zatkniętymi na grubszy koniec. Pojawiły się wzory pokemonów, postaci z Disneya, samochodów, geometrycznych kształtów. Dzieci potrzebowały dwóch rąk, żeby je ująć.
Po powrocie do domu nasz młokos rozpakował swoją tytę. W środku był zestaw przygotowany przez rodziców: jakieś pisaki, naklejki z jego imieniem do oznaczania swoich rzeczy, przybory szkolne, ale też coś dla przyjemności: słodycze, drobne zabawki, gazetka z pokemonami. Wpadło mi w oko, że jego tornister miał taki sam nadruk z robotem. Wygląda na to, że tyty są tradycją tak starą i głęboko zakorzenioną, że miała czas się skomercjalizować: zamiast składać własną, rodzice kupują cały zestaw razem z rożkiem. Tylko jak do tego pasuje fakt, że jego tyta miała nadruk z imieniem? Czy to jest tak, że zamawia się zestawy indywidualnie? Muszę dopytać.
Nie pamiętam swojego pierwszego dnie w szkole, ale taka tyta na pewno by mi go osłodziła. Chociażby ze zwykłego przekupstwa: "jeśli przejdziesz przez ten dzień, to dostaniesz słodyczy". W końcu dzień spędzony wsród nieznajomych dorosłych, nowych dzieci, z nudnym apelem, i jeszcze z wejściem na scenę przed setką ludzi może być koszmarem. A słodycze sposobem na odwrócenie uwagi. Myślę, że podejście z tej szkoły było w miarę dobre. Dzieci przyszły tylko na krótki czas, żadnych lekcji, dostały chwilkę na zapoznanie się z szkołą i na zobaczenie swoich nowych kolegów. Ale czy to podziałało?
Nasz pierwszoklasista, zapytany o to, czy się cieszy, powiedział, że tylko połowicznie. Dokładniej się nie dowiedzieliśmy, bo za chwilę zmył się z pikniku. Chyba miał dość wrażeń: tłumy w szkole, a potem cała rodzina i znajomi słuchają, co powie. Kto by wytrzymał taki stres?
